Zwiedzanie zamku w Malborku jest bardzo dobrze zorganizowane. Zamek sam oczywiście jest bardzo łatwo znaleźć, ale w mieście również oznaczona jest droga do niego. Wzdłuż zamku były oznaczenia, jak dojść do głównego wejścia. Przy wejściu było zaznaczone, że nie można wchodzić z bagażami i od razu informacja, gdzie znajduje się przechowalnia bagażu, oczywiście bezpłatna. Przez jednego z pracowników ochrony zostaliśmy skierowani do kasy. Bilety na zamek są przemyślane, nie są to nijakie kartki papieru, ale małe karteczki z widokiem zamku. Koszt zwiedzania był dość wysoki (30 złotych), ale akceptowalny. Kasjerka od razu poinformowała w którym miejscu mamy się spotkać z przewodnikiem. Zwiedzanie zamku rozpoczynało się o 9:00 i tak od razu weszliśmy. Trasa turystyczna jest długa, trwa około 3 godzin, prawie bez czasu wolnego. Ekspozycja jest ciekawa. Sam zamek jest bardzo ładnie utrzymany, zadbany. W salach znajdują się różne tematyczne ekspozycje. Przewodnik, który nas oprowadzał, opowiadał ciekawie. Generalnie zwiedzanie jest dobrze zorganizowane, przemyślane pod kątem turysty. Informacje o sklepach, kawiarniach, toaletach są widoczne i wyeksponowane. Dużą zaletą jest możliwość samodzielnego zwiedzania zamku po przejściu go z przewodnikiem. Po prostu po zakupieniu biletu i wejściu można przebywać wewnątrz nawet aż do zamknięcia, zwiedzając samodzielnie. Jest to ważne dla osób, które zdecydowały się wykupić prawo fotografowania wnętrz, można chodzić później po zamku i spokojnie robić zdjęcia, nie bojąc się, że ucieknie grupa. Niestety, w środku jest za mało miejsc, gdzie można usiąść i odpocząć. Niespecjalnie ciekawa jest też oferta dwóch lokali gastronomicznych, które są wewnątrz. Trasa turystyczna niestety nie obejmuje całego zamku. W czasie zwiedzania na przykład dowiedziałam się, za dodatkową dopłatą można wejść na wieżę i podziwiać widok wokół.
Zadzwoniłam do pensjonatu zarezerwować nocleg na wrzesień, ponieważ będzie tam odbywało się spotkanie uczestników forum hobbystycznego, na którym jestem aktywnym użytkownikiem. Mamy się spotkać w pensjonacie Dom Julii, gdzie każdy sam zgłasza przyjazd. Zadzwoniłam. Odebrał pan o bardzo miłym głosie. Przedstawił się nazwą firmy. Wyjaśniłam mu skąd mam numer telefonu. Powiedziałam, że chciałam właśnie na tą okazję zarezerwować nocleg dla dwóch osób. Pan powiedział, że oczywiście i zapytał czy jedna noc czy więcej. Zapytałam, ile kosztuje noc. Normalna cena za dwuosobowy pokój to 100 złotych. Powiedział, że dla nas, ponieważ wynajmujemy wszystkie miejsca, cena wynosi 30 złotych za osobę, czyli 60 za dwie osoby. Powiedziałam, że w takim razie rezerwuję dwie noce, z piątku na sobotę i z soboty na niedzielę. Pan poprosił o moje imię, nazwisko i nick z forum. Zapytałam, czy mam przesłać jakąś zaliczkę. Pan powiedział, że nie ma potrzeby, jesteśmy zdyscyplinowaną grupą. Poprosił jedynie, żebym poinformowała, jeżeli coś się zmieni. Zapytałam od razu, jak wygląda dojazd. Pan szczegółowo opisał mi drogę od wjazdu do Sanoka. Powiedział, że w każdej chwili mogę zadzwonić, jeżeli potrzebowałabym jeszcze jakiś informacji. Podziękowałam i zakończyłam rozmowę. Czuję się obsłużona bardzo dobrze, poinformowana o wszystkich szczegółach. Cała rozmowa odbywała się w bardzo uprzejmym tonie.
Chcieliśmy z mężem zobaczyć jeden z zamków krzyżackich. Budowla jest okazała i zachowana w dobrym stanie. Droga do zamku na terenie miasta jest dobrze oznaczona. Po wejściu na dziedziniec nie mieliśmy problemu ze znalezieniem kasy. Kompetentny pracownik pracownik dokładnie wyjaśnił, że zwiedzanie odbywa się z przewodnikiem, ile kosztują bilety, ile trwa zwiedzanie i gdzie mamy czekać na przewodnika. Usiedliśmy na dziedzińcu. Przewodnik przyszedł punktualnie. Był to mężczyzna w starszym wieku. Na ubranie narzuconą miał białą tunikę ozdobioną krzyżackim krzyżem. Pomysł świetny, ale ubranie było pomięte i miał je krzywo ubrane. Ekspozycja urządzona w dawnych salach zamkowych, niestety zaniedbana. Eksponaty ciekawe, ale źle oświetlone, wystawki w gablotach dawno nie poprawiane, poprzekrzywiane, niektóre elementy podłamywane. Następnie zwiedza się kilka sal, niektóre zaadoptowane na pomieszczenia hotelowe, i ostatnią kondygnację. Niestety, na samej górze, skąd jest piękny widok i jak najbardziej przydałaby się chwilka na popatrzenie i zrobienie zdjęć, czas jest bardzo ograniczony i dosłownie po minucie od wejścia już schodzimy. Przewodnik, który nas oprowadzał miał ogromną wiedzę i dobrze znał się na historii okolic, niestety nie umiał jej przekazać. Mówił bardzo niewyraźnie, z fatalną dykcją, cicho. Swoje opowieści ozdabiał dużą ilością wierszy, niestety wyklepanych na szybko a nie wyrecytowanych. Biorąc pod uwagę całość, uważam, że zamek ciekawy, ale wystarczy go obejrzeć z zewnątrz i dziedziniec, zwiedzanie wnętrz można sobie darować. Cena biletu była niewysoka – kilka złotych.
Chciałam zrobić małe zakupy w sklepie Simply Market. Sklep robi ogólnie bardzo złe wrażenie. Regały ustawione są blisko siebie, towary ułożone są według niezrozumiałego dla mnie klucza, ale ułożenie ich sprawia wrażenie chaotycznego i nielogicznego. Ogólnie na sali sprzedaży panował nieład. Na ziemi leżały kawałki papieru, folii, kartki z cenami promocyjnymi, które spadły z półek. Sala była jasno oświetlona. Klientów było sporo – to jedyny większy sklep na dużym osiedlu. Pracownicy nie zwracali uwagi na klientów, zostałam popchnięta bez słowa przepraszam przez panią zbierającą koszyki przy kasach, kiedy czekałam w kolejce. Podobnie pracownica ciągnąca wózek nie zwracała uwagi na stojących klientów, krzywo na nich patrząc, że się nie odsunęli. Było czynne kilka kas. Pomiędzy kasami stały duże stojaki z towarem, wyższe niż człowiek, więc trudno było ocenić, czy inne kasy są czynne i czy jest do nich duża kolejka, bo nie było nic widać. Stanęłam w kolejce do najbliższej kasy. Przede mną stały dwie osoby. Kasjerka kasowała szybko. Kontakt z klientem ograniczała do podania kwoty do zapłaty, nie mówiła nic na powitanie ani pożegnanie. Fajnym rozwiązaniem w sklepie jest półeczka za kasami, na której wiszą reklamówki, łatwe do otwarcia przez kasjerkę, która od razu pakuje tam zakupy. Chociaż ze zdziwieniem spostrzegłam, że są równi i równiejsi. Przede mną kobieta robiła zakupy za około 40 złotych i jej towary zostały spakowane elegancko do reklamówek, jak kupowałam wodę mineralną i ciastko. Kasjerka nie spakował ich, tylko wzięła jedną z reklamówek i rzuciła mi.
Przed sklepem stał wieszak z sukienkami. Niespecjalnie można było ocenić ich urodę, bo były strasznie zgniecione, po prostu wisiało ich za dużo. Jedna, pierwsza z brzegu, była dość efektowna, ale nie w moim rozmiarze. Zachęcona weszłam do sklepu. Był czysty, uporządkowany i robił dobre wrażenie. Powierzchnia sklepu była duża. Ubrania wewnątrz były dobrze wyeksponowane. Klientów nie było w ogóle. W sklepie pracowały dwie panie. Kiedy weszłam jedna z nich powiedziała „Dzień dobry”. Jedna stała za kasą, druga chodziła po sklepie. Wpadła mi w oko torebka leżąca na półce u góry. Poprosiłam o zdjęcie jej. Pracownica powiedziała oczywiście i natychmiast ją dla mnie zdjęła. Torebka była bardzo ładna i efektowna. Pani, która mi ją podała zachęciła mnie do zakupu mówiąc, że jest ładna i zrobiona z końskiej skóry. Powiedziałam jej, że szukam czegoś jaśniejszego, w kolorze morskim. Pracownica bardzo się przejęła, dopytywała szczegółowo, czy torebka ma być mała czy duża, letnia czy nie, ze skóry czy innego tworzywa. Powiedziałam jej, że najważniejsze jest dla mnie, żeby była w odpowiednim kolorze. Pani zaproponowała mi inną torebkę, niestety jej kolor nie odpowiadał mi zupełnie. Szkoda, bo obie panie zaangażowały się w znalezienie dla mnie odpowiedniego koloru. Podziękowałam i wyszłam. Panie pożegnały mnie mówiąc „do widzenia”.
Zajrzałam do sklepu. Robił dobre wrażenie. Nie było czuć nieprzyjemnych zapachów, towary były ładnie poukładane, oświetlenie było jasne. Ogólnie nie pasowała mi kolorystyka sklepu, robiła wrażenie mdłej. Obsługiwały dwie pracownice, jedna stała za kasą a druga pomagała na sklepie. Pani chodząca po sklepie sama nie zagadywała do klientów, ale jeżeli ktoś poprosił ją o pomoc to udzielała odpowiedzi. Jednak robiła to bez zaangażowania i nie specjalnie zachęcała klientów. W sklepie moim zdaniem nie było nic interesującego. Buty przeciętne, dość drogie. Kilka torebek było ciekawych, obejrzałam je sobie. W chwili gdy oglądałam jedną z nich ekspedientka odrobinę zainteresowała się mną i sama od siebie podała mi jej cenę. Torebka była droga, prawie 600 złotych. Pracownica powiedziała, że teraz jest na nią jeszcze 10 % rabatu. Zapytałam czy jest ze skóry. Potwierdziła, że tak. Torebka była w ślicznym kolorze, ale miała na sobie dziwne zameczki, nie wiem czy jako ozdoba, czy zamykające kieszonki. Przymierzyłam ją na ramię zameczkami do siebie. Pracownica śmiertelnie poważnie zaprotestowała, że zameczki mają być na zewnątrz, bo to ozdoba. Odłożyłam torebkę, podziękowałam i wyszłam.
Zajrzałam do sklepu Boti. Było tu sporo letnich butów i trochę torebek. W powietrzu czuć było nieprzyjemny zapach sztucznego tworzywa. Obejrzałam kilka par. W sklepie było sporo klientek, co najmniej 10. Z boku stały dwie pracownice i głośno omawiały wyjazd nad wodę. Jedna była ubrana normalnie, w tonacji biało czarnej. Druga miała na sobie bluzkę w ostrym, niebieskim kolorze i wielkie kolczyki kwiaty, też niebieskie. A najlepsze było to, że stała, rozmawiała z koleżanką i dłubała w nosie. Sklep moim zdaniem nieciekawy, buty przeciętne.
Przechodziłam obok i postanowiłam zajrzeć do sklepu. W tym sklepie Jysk jeszcze nie byłam. Pierwsze wrażenie było bardzo negatywne. W sklepie było dość ciemno, światło które było miała zimną, nieprzyjemną barwę, ogólnie wrażenie było takie „upiorne”. W pomieszczeniu panował bardzo nieprzyjemny, drażniący zapach syntetycznych materiałów. Na podłodze było pełno nitek. Obejrzałam sklep. Zrobił na mnie wrażenie ustawionego chaotycznie i byle jak. Zauważyłam na półce paczkę z dwoma parami bokserek męskich. Poniżej była cena około 12 złotych. Zdziwiłam się, że są w całkiem fajnej cenie i obejrzałam je dokładnie. Wyglądały na dość porządne i miłe w dotyku. Sprawdziłam czy są zrobione z bawełny. Wyszukałam odpowiedni rozmiar dla mojego męża. Cena jednak wydawała się podejrzanie niska, więc przyjrzałam się metce dokładniej. Kilkanaście paczek tych bokserek leżało w jednej przegródce, a pod spodem na metce była cena około 12 złotych i mniejszymi literkami informacja, że to są rajstopki dziewczęce. Nazwa była widoczna dopiero po przesunięciu pudełek. Zaczęłam rozglądać się po półce. Na pudełku była nazwa firmy i tą nazwę zauważyłam około metr dalej, nad nią były znów pudełka z bokserkami. Tym razem cena opiewała na 19 zł z groszami, prawie 20. Uznałam, że to też dobra cena i zabrałam ze sobą paczkę. W czasie rozglądania się po sklepie przypomniałam sobie, że chciałam niedawno kupić antyramę i zaczęłam szukać ich w sklepie. Ponieważ nie widziałam, zapytałam przechodzącego pracownika. Pokazał mi, gdzie są. Powiedziałam, że szukam takiej większej i podałam wymiary. Dowiedziałam się, że u nich takiej nie ma, że jest mały wybór, że lepiej będzie jak sobie poszukam w Obi albo w Praktikerze (dobry pracownik!). Udałam się do kasy. Obsługiwał młody, wysoki brunet. Jego zachowanie było poprawne, witał klientów, sugerował dodatkowy zakup poszewek, nabicie punktów na kartę payback i żegnał, ale nie sprawiało to wrażenia naturalności, bardzo raziło sztucznością. Kiedy skasował moje wielkie zakupy okazało się, że bokserki kosztują 29,95. Kiedy zaprotestowałam, że miały kosztować mniej, powiedział bardzo nieprzyjemnym tonem, że zaraz zawoła kolegę i to wyjaśnimy. Jakbym zrobiła coś złego. Podszedł ten sam chłopak, z którym rozmawiałam na sali. Kasjer powiedział mu tym samym nieprzyjemnym, pełnym wyższości tonem, żeby pokazał pani, że te bokserki kosztują 29,95. Poczułam się potraktowana jak wyłudzaczka. Pracownik zaprowadził mnie i znalazł jeszcze jedną kartkę z ceną, faktycznie 29,95. Wprawdzie nad nią nie było żadnych bokserek, ale kartka była. Zrezygnowałam z zakupów i wyszłam ze sklepu. Więcej tu raczej nie wrócę. Towary i ceny są pomieszane, ja nie mam zamiaru studiować metek na całej półce, żeby znaleźć towar który kupuję i nie mam ochoty być traktowana przez pracownika z pełną wyższości pogardą, jak jakaś przestępczyni.
Kamienica Hipolitów to jeden z oddziałów Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. Muzeum znajduje się w okolicy Rynku, w starej kamienicy. Jego wystawa ma naśladować urządzenie zamożnego, mieszczańskiego domu. Sama ekspozycja jest ciekawa, chociaż moim zdaniem niekoniecznie czytelna dla zwiedzających, zwłaszcza dla osób bez większej wiedzy na temat dawnych zwyczajów. Plusem jest ciekawie opracowany przewodnik po muzeum, do kupienia na dole, przy kasie, z kolorowymi zdjęciami niektórych eksponatów, niestety dość drogi (10 złotych za małą broszurkę). W poszczególnych salach są umieszczone kartki z opisem ekspozycji, ułatwiające zrozumienie jej. Kartki są po polsku i popularnych obcych językach. Niestety opowiadają one tylko o poszczególnych pomieszczeniach, nie ma niczego, co wprowadzałoby w ekspozycję jako całość. Pracownicy uczynni. Pilnie potrzebowałam kupić przewodnik po wystawie w dniu w którym muzeum było zamknięte i jedna z pracujących pań poszła mi na rękę, zmobilizowała inną osobę do znalezienia klucza od szafki, w której są materiały i sprzedała mi książeczkę. Miłym akcentem jest znajdujący się pod opieką pracowników kot Hipolit, pokazujący się czasem zwiedzającym, o którym chętnie pracownicy opowiadają. Ceny w muzeum są umiarkowane, 7 złotych zwykły bilet, dodatkowo w środy jest wstęp wolny. Wielkim minusem są bardziej niż skromne godziny otwarcia – właściwie cztery dni w tygodniu, od 10:00 do 17:30.
Zauważyłam, że zmieniła się polityka portalu odnośnie jakości obserwacji. Do tej pory uważałam, że obserwacją opublikowana przez portal to jest dobra obserwacja. W zależności od tego ile wnosi jest oceniana. W tym momencie widzę, że obserwacje oceniane na 1 są uważane za kiepskie. Przez użytkowników portalu i portal są traktowane jako złe, zwłaszcza, że są niestety odrzucane w konkursie. Z wypowiedzi zamieszczonych przez uczestników zabawy widzę też, że wielu ludzi nie bardzo wie, co jest nie tak z ich obserwacją. Zresztą przyznam się, że ja też nie wiem czasem dlaczego moja opinia została oceniona nisko. A już nigdy nie wiem, czy dostanę 2 czy 3. Może zespół Jakość Obsługi mógłby nam pomóc i pokazać czym różnią się obserwacje? To samo zdarzenie, opisane na 1, na 2, na 3 i jako hit? I skoro tak jest z opiniami, to może powinna być możliwość edycji i poprawienia obserwacji nisko ocenionej?
Dziękujemy Astrum za opinię. Nasza polityka odnośnie jakości obserwacji jest od lat niezmienna. Zależy nam na konkretach i jakości języka. Przy okazji konkursu ten temat stał się gorąco dyskutowany - taki był nasz cel. Obiecujemy, że wkrótce przygotujemy artykuł na temat jakości obserwacji, wskażemy przykłady tych ocenionych na 1, 2 i 3. Pozdrawiamy - zespół portalu.
Odbierałam z dworca...
Odbierałam z dworca autobusowego przyjeżdżającą do mnie osobę. Samochód zaparkowałam na parkingu nad dworcem. Można tam wejść po schodach z peronów PKP lub wjechać windą z przejść pod peronami PKP albo korytarza łączącego dworzec PKS z Galerią Krakowską. Ponieważ miałyśmy ciężkie bagaże poszłyśmy najkrótszą drogą, do korytarza w stronę Galerii i następnie do windy. Wind powinno być pięć, ponieważ wjeżdżając na parking stają też na kolejnych peronach. Pierwsze dwie były nieczynne. Dotarłyśmy do trzeciej. Żeby do niej wsiąść trzeba wyjść z głównego korytarza, przejść małym korytarzykiem i stanąć przed drzwiami windy. Moim zdaniem to niej jest bezpieczne miejsce. Wejście do windy jest monitorowane (mam nadzieję, że nie jest to atrapa), ale korytarzyk już nie. Takie zakamarki nie są bezpieczne. Nacisnęłam przycisk przywołania windy. Lekko zmienił kolor, więc założyłam że, działa. Nie ma żadnej informacji, na którym piętrze jest winda. Pozostało mieć nadzieję, że jest sprawna i przyjedzie. Czekałyśmy kilka minut, w końcu przyjechała. Ta winda ma tylko trzy miejsca postoju, korytarza na dole, peron i parking, więc powinna jeździć szybko. Klatka windy jest szklana, z matowego szkła i nie widać co jest w środku. Moim zdaniem też nie powinno tak być, pogarsza to bezpieczeństwo. Weszłyśmy do windy w której obrzydliwie śmierdziało moczem. To jest winda w centrum jednego z największych miast Polski!
Będąc w pobliżu zajrzałam do Makro, kupić płyn do prania ręcznego. Niespecjalnie lubię ten sklep, ponieważ uważa się za hurtownię a ceny produktów niespecjalnie różnią się od cen w marketach. Ciekawych produktów, delikatesowych też jest niewiele. Czasem kupuję tu materiały biurowe do firmy, ale rzadko, bo kosztują podobnie jak gdzie indziej, trzeba kupować opakowania zbiorcze i sklep dodatkowo jest na uboczu. W sklepie parking był prawie pusty. Klientów było niewielu. W sklepie było czysto. Zdziwiłam się, że w czasie wakacji sklep pracuje całodobowo. Sporo pracowników porządkowało sklep, dokładało towar (mniejsze paczki), czy całe palety na wózkach widłowych. Pracownicy na wózkach zwracali uwagę na przechodzących klientów. Przy wejściu zauważyłam bardzo dużo ulotek promujących Makro jako sprzedawcę najtańszego towaru i markę Aro. Wzięłam mój płyn i udałam się do kasy. Czynnych było tylko 6 czy 7 kas, do każdej kolejka po 3 – 4 osoby. Oczywiście uwzględniając wielkość zakupów, jakie się robi w Makro to kolejka 4 osoby daje już całkiem długie czekanie. Kasjerka była bardzo uprzejma. Kiedy podeszłam przywitała się, zapytała czy życzę sobie fakturę czy paragon, podziękowała mi i powiedziała na pożegnanie „do widzenia”. Przy wyjściu ochroniarz stał jak mumia i wpatrywał się w dal. Zawsze oglądał i podbijał paragony, widocznie zmieniły się zasady.
Chciałam w coś oprawić mapę starą mapę. Ponieważ pamiętałam, że w IKEA był zawsze spory wybór antyram i ram pomyślałam, że zobaczę, czy nie ma tam czegoś co by mi odpowiadało. Najpierw weszłam na stronę firmy. Kolorystyka ładna, kojarząca się z kolorami sklepu. Strona prosta w konstrukcji, łatwo znalazłam odpowiedni dział. Tutaj niestety trafiłam na podział na serie, gdzie na przykład w ramach serii był jeden produkt, chociaż na zdjęciu było ich więcej. Próbowałam użyć wyszukiwarki, korzystając ze słowa antyrama, to znajdowało ni kilka tysięcy przedmiotów, na przykład zawierających słowo „rama”. Kiedy już udało się znaleźć jakieś ramki i chciałam sprawdzić, czy są dostępne w sklepie odsyłało mnie do komunikatu, że strona o podanym adresie nie istnieje. Ogólnie straszny bałagan.
Mieszkam niedaleko sklepu w Krakowie i postanowiłam sama się tam przejść i zobaczyć. Sklep jest w trakcie przebudowy i to niestety widać. Produktów jest mało, poustawiane bez ładu i składu, dużo produktów brakuje, pomimo też, że ceny są wystawione. Wiele stoisk jest przesuniętych w inne miejsca. Ogólnie w sklepie czysto. Parking bardzo niewygodny, pozastawiany pojazdami z budowy, przenośnymi toaletami i punktami wyrzuconymi ze wewnątrz sklepu. Na ziemi bardzo dużo suchego piasku, przez co źle się chodziło w sandałach. Dział z ramami był bardzo ubogi. Z pasujących mi formatów były dostępne tylko dwa, brzydkie i drogie. Chciałam kupić sobie sól do stóp z serii Ikea Famili, niestety nie było jej na półce, chociaż cena była. Nie znalazłam żadnego pracownika ani na tym, ani na sąsiednich stoiskach, oprócz dziewczyny od obsługi ratalnej, która stwierdziła, że ona jest z innej firmy. Kupiłam jeden drobiazg. Kasjerka uprzejma, przywitała się, zapytała o kartę Ikea Family, pożegnała. Klientów niewielu.
W miejscowości Ryn na Mazurach znajduje się piękny, krzyżacki zamek, obecnie zamieniony na hotel. Budowla ciekawa. Obejrzeliśmy ją z zewnątrz, porobiliśmy sobie zdjęcia. W hotelu panował bardzo duży ruch, trwało kwaterowanie gości weselnych, jak domyśleliśmy się z rozmów gości między sobą i recepcją. Ponieważ byliśmy zainteresowani zwiedzaniem, szukaliśmy informacji na temat takiej możliwości. Zazwyczaj takie rzeczy są wyeksponowane. Tutaj nie były, dopytaliśmy się w końcu u obsługi. Okazało się, że tak, zaczęło się jakieś 10 minut temu. Kupiliśmy bilety i dowiedzieliśmy się, w której sali jest przewodnik. Sala była pełna, grupa zwiedzająca zamek spokojnie liczyła co najmniej 100 osób. Siedzieliśmy w jakieś sali audytoryjnej. Przewodnik mówił głośno i wyraźnie. Opowiedział o historii regionu i samego zamku. Widać było, że zna się na swojej pracy, opowiadał ciekawie, żywo, nie przynudzał. Ubiór miał stylizowany na strój z XVII wieku, wyglądało to ciekawie i uważam, że było bardzo dobrym pomysłem, zwłaszcza, że ubiór było zadbany, czysty, elegancki i pan nosił go z fantazją, wyraźnie dobrze się w nim czując. Opowiedział nam o ciekawostkach zwianych z zamkiem i małej wystawie zorganizowanej we wnętrzach. Na korytarzu stały wystawione gablotki z elementami dawnych zbroi. Opowiedziano nam o nich. Szkoda tylko, że ze względu na dużą grupę trudno było cokolwiek zobaczyć i posłuchać. W dodatku pracownicy hotelu mieli duży problem z poradzeniem sobie z dużą grupą gości i my, stojący na korytarzu bardzo im przeszkadzaliśmy. W czasie, gdy tam byliśmy, kilkakrotnie przechodził ktoś z kierownictwa i przeganiał nas, żebyśmy zrobili miejsce dla gości. Nie było to miłe, zwłaszcza że wyraźnie dał nam do zrozumienia, że to jest hotel i my tylko przeszkadzamy. W takim razie powinna być inaczej zorganizowana trasa turystyczna, jeżeli się ją organizuje i zdecydowanie mniejsze grupy. Następnie przewodnik pokazał nam kilka sal w zamku i pożegnał się. Przed pożegnaniem wygłosił pochwalną reklamę na temat firmy, która urządziła w zamku hotel i ich innych obecnych i planowanych inwestycji. Moim zdaniem było to kompletne nieporozumienie i tekst wciśnięty na siłę – zapłaciłam za zwiedzanie zabytku a nie słuchanie reklam. Zwiedzanie kosztowało 10 złotych, cena rozsądna za taką trasę.
W zamku tym obecnie urządzone jest muzeum i hotel. Muzeum to trochę za dużo powiedziane, można zobaczyć dziedziniec zamku, kaplicę i krypty urządzone w jednej z wież i kilka zrujnowanych sal. Zwiedza się obowiązkowo z przewodnikiem. Pani przewodnik, która nam trafiła była osobą nadającą się do tej pracy. Mówiła ciekawie, z zaangażowaniem, podawała dużo faktów i świetnie umiała przybliżyć sylwetki osób związanych z zamkiem. Część zamku, dostępna do zwiedzania ładnie odrestaurowana, z zachowanie detali architektury. Jednak uważam, że ekspozycja skromna. Koszt zwiedzania to 10 złotych – jak na czas wycieczki (mniej niż godzinę) i to, co można zobaczyć to cena dość wysoka. Denerwujący jest też brak informacji, pytałam trzech pracowników, czy mając bilet na zwiedzanie zamku mogę też przejść się po parku (generalnie chodziło mi zrobienie zdjęć zamkowi z każdej strony, ale to zawsze już można podciągnąć pod zwiedzanie parku), czy muszę kupować bilet. Na trzech pracowników, dwóch powiedziało że mogę iść, jeden, że mam kupić kolejny bilet. Zamek wart zwiedzenia, pomimo ceny.
Plusem jest ładna strona internetowa, pozwalająca obejrzeć ciekawe elementy zamku, także te niedostępne do zwiedzania. Szkoda, że zdjęcia nie są lepszej jakości. Na podstawie strony internetowej można zaplanować wycieczkę pod względem na przykład cen, niestety nie pod względem czasu – brakuje informacji ile trwa zwiedzanie i że wejścia są o pełnych godzinach.
Zatankowałam na stacji BP. Ponieważ tankowałam LPG podjechałam pod odpowiedni dystrybutor. Przy dystrybutorze już czekał młody chłopak i zanim zdążyłam wysiąść z auta już podłączył mi wylot z baku do przewodu. Zapytał ile ma nalać. Odpowiedziałam że pełno. Ponieważ równocześnie tankował dwa samochody cały proces tankowania przebiegał bardzo wolno. Po odłączeniu zamknęłam samochód i poszłam zapłacić. Była czynna jedna kasa i druga w części barowej. Podeszłam. Nie pamiętałam, jaki był numer stanowiska. Kasjerka, młoda brunetka, uśmiechnęła się do mnie i zapytała tylko czy tankowałam od strony budynku czy od drugiej. Powiedziałam, że od drugiej. Kasjerka znalazła kwotę jaką miałam do zapłacenia. Zapytała, czy zbieram punkty. Podałam jej kartę payback i kartę. Zapłaciłam, w czasie drukowania paragonu i potwierdzenia sprzedawczyni podała mi liczbę zgromadzonych punków. Okazało się, że mam ich ponad 9500. Mniej więcej tyle kosztował prezent, który chciałam sobie wybrać na stacji BP. Zapytałam o niego kasjerkę. Powiedziała, że nic takiego nie kojarzy, ale przyniosła katalog. Przejrzała go dwukrotnie, w końcu znalazła mój prezent. Okazało się, że brakowało mi do niego dokładnie 3 punktów. W pierwszej chwili chciałam coś dokupić, ale kasjerka powiedziała, że to i tak trzeba zamówić i zostanie wysłane w ciągu trzech tygodni. Upewniłam się, że aby zamówić nagrodę należy po zebraniu odpowiedniej ilości punktów przyjść na stację i złożyć zamówienie. Kasjerka potwierdziła. Kiedy odchodziłam od kasy pożegnała mnie.
Szukając odżywki do włosów zajrzałam do drogerii A Propos. W sklepie tym jest duży wybór kosmetyków. Sklep składa się z dwóch pomieszczeń. Zaraz przy wejściu jest kasa. Oba pomieszczenia są wypełnione regałami z produktami. W zasadzie w sklepie trudno się porusza, regały zastawiają też środek drugiego pomieszczenia i naprawdę, trochę niewygodnie jest się przeciskać pomiędzy nimi. Kiedy weszłam do sklepu nie było nikogo przy kasie ani w pierwszym pomieszczeniu. Znalazłam sobie półeczkę z preparatami do włosów i zaczęłam je oglądać. W drogerii nie było nikogo poza mną, z odgłosu kroków w sąsiednim pomieszczeniu domyśliłam się, że jest tam jakiś pracownik i co jakiś czas podchodzi do drzwi, zerka na mnie i spaceruje po pomieszczeniu dalej. Po kilku minutach do sklepu weszła pani (przez drzwi wejściowe) i zapytała, czy w czymś mi pomóc. Ubrana była zupełnie normalnie, nie miała żadnego identyfikatora. Upewniłam się, że pani tu pracuje. Znalazłam na półce olejki do włosów. Byłam ciekawa preparatów, bo kiedyś używałam olejków w ampułkach i byłam bardzo z nich zadowolona. Pani opisała mi stosowanie olejków, które były dostępne, że stosuje się je na zimno, że można użyć na całą noc. Po namyśle jednak postanowiłam kupić maskę do włosów z serii Morza Martwego, z Bielendy. Zapytałam, czy nie ma w zestawie do tego szamponu. Pani powiedziała, że nie. Że z podobnych produktów był krem do twarzy, ale nie ma, i jest tylko peeling do ciała. Podziękowałam i powiedziałam, że w takim razie wezmę tylko to. Maska była opakowana w specjalne tekturkowe opakowanie, podarte, ale to mi nie przeszkadzało. Zapłaciłam i zabrałam ze sobą kosmetyk. Kiedy wychodziłam sprzedająca obsługiwała kolejnego klienta.
Sklep „Rezonans” to niewielki, osiedlowy sklep obuwniczy. Ceny w sklepie umiarkowane, niższe niż w sklepach w centrach handlowych, ale i tak wysokie. Obuwie dobrej jakości. Chodzę do tego sklepu, ponieważ sprowadzane są do niego buty ładne, ciekawe z wyglądu, modne, a zarazem wyglądające oryginalnie. Sporo butów jest ze skóry. Buty są dobrej jakości, odpukać, nie miałam jeszcze żadnych problemów.
Ponieważ szukałam sandałów zajrzałam do tego sklepu. Wewnątrz były dwie klientki. Sprzedająca stała oparta o drzwi prowadzące na zaplecze i tylko przyglądała się klientom. Obejrzałam kilka par klapek, stojące na ladzie sandałki, zapytałam, czy są skórzane. Sprzedająca zaprzeczyła. Zapytałam, czy są jakieś skórzane. Pani pokazała mi wówczas stojące na półce sandałki. Zapytałam jaki rozmiar noszę. Poleciła mi dwa rodzaje, jeden zachwalając, że ma bardzo ładny układ paseczków. Faktycznie, sandałki były śliczne. Obejrzałam jedne i drugie, rozejrzałam się jeszcze po sklepie i postanowiłam je przymierzyć. Minusem było to, że w sklepie nie było stopek do mierzenia butów. Przymierzyłam oba buty. Sprzedająca przyglądała mi się. Poprosiłam o przymierzenie drugiego buta z pary. Pani podała mi but. Używała przy tym lakonicznych zwrotów w rodzaju „proszę”, „tak”. Zdecydowałam się na zakup. Chciałam kupić jeszcze podkładki pod pięty. Zapytałam, czy są cieńsze niż te, które były wystawione. Sprzedawczyni powiedziała, że nie ma i zaczęła szukać. Obejrzała wszystkie, który były wystawione i powiedziała, że one wszystkie są takie same. Na koniec zdziwiła się, że chcę płacić kartą. Zakupy elegancko spakowała mi do reklamówki. Kiedy wychodziłam ze sklepu pożegnała mnie słowami „do widzenia”w odpowiedzi na moje pożegnanie.
Właściwie to miałam tą obserwację napisać już godzinę temu, ale piszę ją teraz, kiedy dostałam od Jakość Obsługi e-maila. Zdecydowanie jestem przeciwna nowym zasadom konkursu. Przedtem było sprawiedliwie – osoba, która zgłosi najwięcej obserwacji. Że niektóre obserwacje miały słabszy poziom to było łatwe do przewidzenia – nigdy wszystkie nie będą błyskotliwe i genialne. Ale do dzisiaj wieczora wiedziałam, że to, czy wygram w danym dniu piłkę czy nie, zależy od mnie i mojej pracowitości. Z obserwacji kolejnych dni widać było, że w zasadzie zgłoszonych obserwacji musi być ponad 20, żeby mieć duże szanse. W tym momencie to tylko losowa zabawa, na którą nie mam w ogóle wpływu.
Przypuszczam, że problemem jest to, że jedna lub dwie osoby mogłyby mieć po 10 piłek, a reszta nic. Ale to można było rozwiązać, ograniczając możliwość zdobywanych piłek do powiedzmy trzech w konkursie. A poziom wypowiedzi można było podnieść ustawiając warunek, że piłkę dostanie osoba, która zgłosi najwięcej obserwacji ocenionych na 3. W tym momencie, jeśli chodzi o piłki, cała zabawa straciła urok sportowej rywalizacji a stała się zwykłą loterią.
Dziękujemy Ci Astrum za opinię. Bardzo trudno jest pogodzić potrzeby różnych uczestników portalu. Ogromna większość naszej społeczności krytykowała zasady, wg których codzienne nagrody - piłki, trafiały do wąskiego grona osób. Po korekcie zasad konkursu otrzymaliśmy masę podziękowań i zapewnień, że teraz konkurs interesuje więcej osób, które wcześniej nie widziały szans prześcignięcia naszych Mistrzów Obserwacji. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że zmieniliśmy tylko zasady rankingu dziennego. Zasady rankingu końcowego pozostają bez zmian, ponieważ zmiana zasad tego rankingu byłaby nie fair. Zachęcamy, spróbuj spojrzeć na nas oczami innych. Przeczytaj choćby obserwację http://www.jakoscobslugi.pl/obserwacja/36316735. Pozdrawiamy - zespół Portalu.
Kupiłam sobie reprint...
Kupiłam sobie reprint starej mapy Krakowa. Ponieważ chcę ją powiesić na ścianie poszłam do firmy zajmującej się oprawą obrazów zapytać o oprawę. Nie kupowałam wcześniej takich rzeczy i chciałam poradzić się pracowników, jak oprawić, w jakiej ramce, żeby mapa wyglądała jak najkorzystniej. Wcześniej w tym zakładzie oprawialiśmy obrazki i akwarelki i zawsze byliśmy zadowoleni.
Kiedy weszłam do sklepu nie było w nim nikogo. Zawołałam głośno „Dzień dobry” i po krótkiej chwili wyszła z zaplecza pani w średnim wieku. Pokazałam jej mapę i powiedziałam, że chciałabym oprawić. Wzruszyła ramionami. Nie wiedząc jak zinterpretować ten gest powiedziałam, że chciałabym się jej poradzić, bo ma większe doświadczenie w oprawie takich rzeczy jak ja. Powiedziałam, że być może zastanawiam się nad antyramą. Pani ze śmiertelnym oburzeniem powiedziała, że antyrama to nie u nich. Zapytałam, co w takim razie ona może mi zaproponować. Rozłożyła mapę na stole, wzięła dokładnie pierwszy z brzegu wzornik ramki i powiedziała, że mogłoby być. Zapytałam o passe partout. Wzruszyła znowu ramionami mówiąc, że nie dają, ale skoro pani chce, to może być. Poszła na zaplecze, przyniosła jedno kolorze zielonym, moim zdaniem nie komponujące się zupełnie z mapą. Zaproponowałam, że może lepsze byłoby białe lub kremowe. Pracownica odwróciła passe pastout na drugą stronę i przymierzyła białe. Nie wyraziła zdania, nie skomentowała, nie zaproponowała niczego więcej, czekała aż ja coś powiem. Zapytałam w takim razie o cenę całości. Policzyła, wyszło 70 złotych. Dla mnie za dużo jak na pierwszą z brzegu, na odczepnego wziętą ramkę. Powiedziałam, że jeszcze się zastanowię i wyszłam.
W celu zapewnienia wyższej jakości usług używamy plików cookies. Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej bez zmiany ustawień prywatności przeglądarki, wyrażasz zgodę na wykorzystywanie ich.