Opinie wystawione przez użytkownika: Magdalena_492

Dnia 11 lutego 2012 roku autobus firmy PKS Zary w relacji

Dnia 11 lutego 2012 roku autobus firmy PKS Zary w relacji Połączenie Zakopane- Zary na odcinku Brzeg w województwie opolskim autobus miał być o 17: 15 (planowany czas odjazdu). Odprowadzałam brata na przystanek i gdyby nie fakt, że brat miał ciężka walizkę podbieglibyśmy do przystanku i pewnie brat zdążyłby na autobus, gdyby ewentualnie pan kierowca raczył się zatrzymać na przystanku w Brzegu. Jednak nie byliśmy w stanie podbiec do przystanku, a poza tym wg naszych zegarków była godz. 17 czyli do planowanego odjazdu pozostał nam jeszcze kwadrans. Gdy doszliśmy do przystanku nie było żadnego autobusu, czekaliśmy do 17:30, po czym zadzwoniliśmy do dyżurnego ruchu z Zar. Niestety pan stwierdził że jest weekend i on nie jest w stanie pomoc i że brat ma sobie załatwić inny transport (co jak się później okazało było kłamstwem, bo podobno autobus zawrócił z drogi, by zabrać mojego brata, bo pan dyżurny skontaktował się z kierowca autobusu i powiedział, że na przystanku czeka jeden pasażer który się skarżył że autobus się nie zatrzymał na przystanku i czeka w Brzegu nadal na transport.)Gdy brat powiedział że ma sobie poszukać innego transportu zawiozłam brata autem do Wrocławia, bo nawet jeżeli nie zdążylibyśmy na ten sam autobus, to z Wrocławia jest dużo lepsze połączenie w moje rodzinne strony. Jak wjeżdżaliśmy do Wrocławia brat zadzwonił do dyżurki Wrocławskiego PKS-u, by chwile ten autobus który nie zatrzymał się w Brzegu poczekał we Wrocławiu. Brat kupując bilet nieomieszkal kierowcy powiedzieć o tym że przez jego bezmyślne zachowanie miał nieprzyjemności i musiał prosić kogoś o odwiezienie aż do Wrocławia, na co kierowca nakrzyczał na mojego brata że po co dzwonił do dyżurki, bo on teraz będzie mieć nieprzyjemności, a bratu przecież nic się nie stało, a skoro załatwił sobie transport to mógł tak od razu i mógł mu głowy nie zawracać. Pan kierowca nic sobie nie zrobił z tego, że nie zatrzymał się na obowiązkowym przystanku i że godziny odjazdu wyznaczone na rozkładzie są zarówno dla pasażerów jak i dla kierowców. A już przede wszytki jeśli przejechał przez Brzeg nie zatrzymując się to przynajmniej powinien przeprosić mojego brata, a nie wrzeszczeć jeszcze na niego, że brat narobił kierowcy nieprzyjemności. Ma pan tupet panie kierowco.

Ocena z dnia: 04.01.2013
PKS Żary Oddział

Poszłam do pediatry z siedmiotygodniowym dzieckiem

Poszłam do pediatry z siedmiotygodniowym dzieckiem. Dziecko miało katar, a dla takiego dziecka jest to dość niebezpieczne. Pani doktor mówiła do mnie zaciągając bardzo mocno po rusku więc musiałam się bardzo skupić żeby zrozumieć co do mnie mówi. Pani doktor stwierdziła, że to nic poważnego i kazała kupić olejek kamforowy i nacierać nim dziecko. Gdy poszłam do apteki pani w aptece powiedziała że olejek kamforowy jest do stosowania dla dzieci od 6 roku życia. Pani magister sprzedała mi olejek ale powiedziała że jak popalę dziecku skórę to tylko i wyłącznie na własną odpowiedzialność. Nie odważyłam się testować na dziecku czy faktycznie spalę mu skórę czy też nie, ale za tydzień katar już się tak nasilił, że moja córka dławiła się nim. Poszłam znowu do pediatry i akurat trafiłam na tą samą panią. Przedstawiłam wszystkie objawy i pni doktor nawet nie patrząc w kartę , ze byłam u niej tydzień temu wypisała antybiotyki, maści do nacierania i kazała kupić Amol żeby robić inhalacje. Tym razem poszłam do innej apteki. Pani magister spojrzała na receptę i zapytała się ile dziecko ma tygodni. Gdy powiedziałam że osiem, pani magister odpowiedziała że nie sprzeda mi recept bo na nich są wypisane leki które stosuje się od 6 lub 12 roku życia, wiec będą za mocne dla takiego dziecka. No i ona nie będzie brała na siebie mocnych powikłań po zastosowaniu tych leków. Jedyne co mi sprzedała z recepty to antybiotyk bo był w miarę dopasowany do wieku córki. Spędziłam w aptece pół godziny bo pani magister szukała zamienników, które nie będą na receptę i będą odpowiadać do wieku dziecka. Gdybym znała się na lekach to nie szłabym z córką do lekarza tylko sama poszłaby do apteki i kupiła kilka różnych specyfików, ale że się nie znam to poszłam do lekarza i w sumie nic mi to nie dało, bo pani doktor przepisuje leki niedobrane do wieku nawet nie zastanawiając się nad tym, że może takimi lekami zrobić dziecku ogromną krzywdę. Dwie wizyty w zupełności mi wystarczyły do tego by podjąć decyzję , że więcej do tej pani doktor nie pójdę, bo nie będę narażać dziecka na niebezpieczeństwo z powodu źle dobranych leków. A swoją droga pani doktor powinna odpowiedzieć za swoją niekompetencję. Tylko , że dyrektor Przychodni „Pulsantis” żyje ze swoimi pracownikami w wielkiej komitywie i niestety żadne skargi na lekarzy nic nie dadzą bo skarga zostaje w pokoju dyrektora i nic z nią nie jest dalej robione.

PEDIATRA Niedawno urodziłam córkę

PEDIATRA Niedawno urodziłam córkę, zaraz po wyjściu ze szpitala kazano nam się zgłosić z noworodkiem do przychodni do pediatry, bo w przychodni PULSANTIS nie ma wizyt patronażowych jeżeli chodzi o pediatrów. Zostaliśmy zarejestrowani na godzinę 8, pani doktor przyszła o 8:30 z wielkim krzykiem że ktoś jej dziecko zapisał na wizytę na godzinę 8. Gdy pani doktor szła to już sama ze starości ledwo się na nogach trzymała, bo miała około 70 lat, a za lekarką szła pielęgniarka i pomagała jej ubierać fartuch i maseczkę na usta bo pani doktor już sobie nie radzi nawet z własnym ubraniem. Gdy zostaliśmy poproszeni do gabinetu i kazano rozebrać nam dziecko i położyć na stoliku dla noworodków zaczęliśmy się obawiać o własne dziecko. Podeszła pani doktor chwyciła dziecko jak szmacianą lalkę i zaczęła je badać wywijając córką w każdą możliwą stronę i nie zważając na to że takiemu dziecku trzeba główkę potrzymać lub cokolwiek zrobić delikatnie bo to noworodek. W momencie kiedy pani doktor wzięła naszą córkę do rąk podbiegły dwie pielęgniarki, jedna stanęła po prawej, a druga po lewej stronie pani doktor z wyciągniętymi rękami łapały dziecko w razie jakby pani doktor go nie utrzymała. Po badaniu skierowała dalej do specjalistów i kazała przyjść za tydzień znowu z dzieckiem na wizytę. Kolejna wizyta wyglądała podobnie, pani doktor rzucała dzieckiem w każdą stronę, obok lekarki stała pielęgniarka która znowu łapała dziecko. Wizyta trwała ponad pół godziny gdzie przez cały czas dziecko było rozebrane, a w gabinecie było zimno. Kiedy dziecko z zimna zrobiło się już sine i zapytałam się czy w końcu mogę córkę ubrać, pani doktor stwierdziła, że ona jeszcze coś musi zobaczyć i nie ma takiej potrzeby bo w gabinecie przecież aż tak zimno nie jest. A mi było zimno mimo że byłam ubrana, a co dopiero noworodkowi który leżał na stoliku rozebrany przez ponad pół godziny. Uważam że lekarze posiadający wiek emerytalny nie powinni już leczyć, a przynajmniej nie powinni zajmować się dziećmi, bo o ile dorosły człowiek pójdzie do lekarza i powie co mu dolega o tyle dziecko nie umie wyrazić co mu jest. A patrząc na dwie wizyty u pediatry który ma ponad 70 lat nie jestem pewna czy ta pani w ogóle coś słyszała jak przykłada stetoskop do dziecka. No i samo to że nie umiała utrzymać sama dziecka przy badaniu.

GINEKOLOG Gdy byłam w ciąży chodziłam do ginekologa do

GINEKOLOG Gdy byłam w ciąży chodziłam do ginekologa do przychodni PULSANTIS. Pan doktor przyjmuje pacjentki w poniedziałki w godzinach 8-13 i w środy w godzinach 13-17. Z tym, że w poniedziałki pan doktor ma do dyspozycji cały czas aparat do USG, a w środy ma go tylko przez godzinę od godziny 13 do 14, bo USG jest w innym pomieszczeniu i w środy od 14 w tym pomieszczeniu przyjmuje inny lekarz który robi USG jamy brzusznej lub innych narządów. Za każdym razem byłam rejestrowana na wizytę na środę. Przy każdej wizycie zależało mi na tym, by móc skorzystać z USG bo na początku ciąży miałam wypadek i musiałam kontrolować jak rozwija się dzidziuś. W związku z tym faktem lekarz kazał mi przychodzić tak żebym była pierwsza w kolejce bo jak będę później to nie będzie mógł zrobić USG. Tak wiec przychodziłam około godziny 12 i czekałam do przyjścia pana doktora na poczekalni by móc skorzystać z badania. Lekarz przyjmuje od godziny 13 i już przed 12 siedzą pacjentki na poczekalni i zajmują sobie kolejkę żeby podobnie jak ja móc skorzystać z USG, a pan doktor ani razu nie przyszedł punktualnie. Przez całą ciążę chodziłam do niego średnio co dwa tygodnie, zawsze w środę i ani razu nie zaczął przyjmować równo o godzinie 13. Rozumiem raz czy dwa razy mógł się spóźnić bo korki, albo bo coś wyskoczyło, ale tydzień w tydzień? Również były takie przypadki gdzie przychodził do gabinetu o 13:30 przebierał się i bez słowa wyjaśnienia wychodził z tego gabinetu i znikał sobie gdzieś na godzinę albo i dłużej. Za każdym razem zaczynał przyjmować pacjentki nie przepraszając za spóźnienie ani nie tłumacząc co było powodem tak dużego przesunięcia. Gdy byłam w 7 miesiącu ciąży przed każdą wizytą przychodziła albo jakaś znajoma pana doktora, która zostawała przyjęta bez kolejki, mimo tego że ja byłam w ciąży i czekałam od godziny 12 na USG. Pan doktor przyjął znajomą, a kiedy była moja kolej na wizytę, było zazwyczaj sporo po godzinie 14 lub nawet po 15 i niestety mimo że przyszłam na tyle wcześnie że byłam pierwsza w kolejce to i tak nie mogłam skorzystać z aparatu USG. Kilkakrotnie również było tak że przychodził spóźniony i przyjmował w godzinach pracy przedstawicieli handlowych i zawsze po wizycie przedstawicieli handlowych zmieniał mi np. witaminy lub inne leki, jak zadawałam pytanie dlaczego je zmienia to zawsze mówił, że tamte brałam już bardzo długo i należy zmienić. Zazwyczaj wizyta trwała 1 godzinę albo 1,5. podczas wizyty o wszystko musiałam się dopytywać, bo pan doktor nie był skory wyjawić mi co się dzieje z dzidziusiem. Do pracy chodziłam do końca 7 miesiąca bo pan doktor stwierdził że dobrze wyglądam i nie potrzebne mi jest L4 i nie bardzo zważał na to że zaczynam się skarżyć na bóle i inne dolegliwości. Nadmienił tylko że tego to się tak na fundusz to nie da zrobić, czyli dał do zrozumienia że albo dam mu łapówkę albo przyjdę do niego prywatnie, bo na fundusz to mi zwolnienia nie wystawi. Na początku 8 miesiąca powiedziałam że nie wyjdę z gabinetu dopóki nie dostanę L4 bo już po prostu w pracy nie daję rady. To wypisał mi na niecały miesiąc i powiedział że kolejnego zwolnienia mi już nie da i na 9 miesiąc mam sobie macierzyński wziąć. A gdy zaniosłam zwolnienie do kadr i przedstawiłam całą sytuację dostałam od kadrowej papier z informacją że nie ma prawa mi odmówić zwolnienia. Grzecznie znosiłam to że lekarz ani razu nie przyszedł na wizytę punktualnie, że wizyty są po 1,5 godziny, bo w trakcie wizyty odbiera sobie prywatne telefony, lub rozmawia z położną o jakiś sympozjach, ale miarka się przebrała gdy nie chciał mi dać zwolnienia bez względu na stan zdrowia i nie dał skierowania na badania w ostatnim trymestrze ciąży. Powiedziałam lekarzowi że chcę rodzić w wodzie i dowiadywałam się w szpitalu w którym będę rodzić, że są potrzebne badania i podałam mu kartkę na jakie badania powinien mi dać skierowanie. A pan doktor stwierdził że to jest mój wymysł i że on mi żadnego skierowania nie da bo po pierwsze będzie musiał się zastanowić czy mu się to opłaca a po drugie to nie są badania niezbędne więc jak chce to mogę je sobie prywatnie zrobić. W nawiasie tylko dodam że poszłam do innego lekarza również na NFZ i bez problemu wystawił mi skierowanie na badania i powiedział, że nawet jakbym w wodzie nie rodziła to i tak większość z tych badań należy zrobić na kilka tygodni przed rozwiązanie, więc żaden wymysł tylko badania niezbędne. Może i są lekarze z powalania ale ten doktor na pewno do nich nie należy.

Wojewódzki Szpital Specjalistyczny we Wrocławiu przy ul

Wojewódzki Szpital Specjalistyczny we Wrocławiu przy ul. Kamieńskiego oddział ginekologiczno- położniczy. Dnia 11 listopada tego roku urodziłam w tym szpitalu córkę. Jeżeli chodzi o procedurę przyjęcia kobiety ciężarnej do porodu to jest jakaś katastrofa. Przed izba przyjęć czekałam ponad godzinę. Gdy w końcu została poproszona do środka, bardzo niemiły lekarz zbadał mnie i odesłał do pielęgniarki która miała wypełnić wszystkie papiery. Bardzo długo trwało wypełnianie dokumentów, bo w międzyczasie przyszedł sanitariusz który usiadł sobie na krzesełku koło pani i zaczęli prywatną rozmowę. Lekarz bardzo niedyskretnie przypomniał że siedzę tam na kozetce i czekam na przyjęcie na oddział ginekologiczno położniczy. Kiedy pielęgniarka wypełniła wszystkie dokumenty kazał mi przebranej w koszulę poczekać na korytarzu na sanitariusza, który zawiezie mnie na oddział. Na szczęście sanitariusz szybko przyjechał i zawiózł mnie na oddział. Na oddziale były już miłe panie, które informowały mnie na bieżąco co się dzieje, jakie podają leki i co teraz będą robić. I panie położne na oddziale położniczym i wszystkie osoby przebywające na porodówce, były życzliwe, tłumaczyły co zamierzają zrobić i po co. Pani położna potrafiła zapanować nad moimi emocjami, potrafiła mnie uspokoić i sprowokować do robienia rzeczy o których właśnie mówiła. Bardzo mi pomogli w przyjściu na świat mojej córeczki. Za co jestem im bardzo wdzięczna. Fachowa opieka lekarska zarówno w trakcie porodu jak i po porodzie. Ten oddział faktycznie nastawiony jest na to, by każda kobieta mogła tam rodzić po ludzku. Mimo niezbyt miłego początku w izbie przyjęć polecam ten szpital każdej rodzącej kobiecie.

Wyższa Szkoła Bankowa oferuje studia uzupełniające

Wyższa Szkoła Bankowa oferuje studia uzupełniające magisterskie połączone z podyplomowymi tzw. SUM. Na zajęcia w kwietniu do studentów licencjata przyszła pani dyrektor zarządzającą działałem studiów uzupełniających i informowała, że SUM jest dla absolwentów WSB tańszy, niż dla absolwentów innych uczelni, a dodatkowo absolwenci WSB, którzy zakończą Licencjat ze średnia 4, 0 i wyższą będą mogli skorzystać z bonu edukacyjnego o wartości 1050 zł na rok trwania nauki, czyli po ponad 500 zł na semestr. Zapewniała, że wszystko jest już zatwierdzone i mamy (my jako studenci) tylko powalczyć o średnią, żeby skorzystać z ulgi cenowej. 23.06.2010 poszłam zapisać się na SUM z przekonaniem ze jest tak jak wcześniej pani dyrektor nas informowała. Okazało się w biurze rekrutacji, że nie maja żadnych bonów edukacyjnych i o niczym takim nie wiedzą, mimo, że w regulaminie opłat na stronie internetowej występuje informacja o bonie edukacyjnym. Na zadane przeze mnie pytanie „Dlaczego wprowadzają w błąd klienta” odpowiedzieli ze musiałam coś źle zrozumieć, bo oni o niczym takim nie słyszeli. Nie pomogło nawet to że pokazałam internetowy regulamin z informacją o zniżkach. Jeżeli przedsiębiorstwo chce przyciągnąć klienta, powinno to robić w sposób zgodny z prawdą.

DHL Wrocław W dniu dzisiejszym miałam odebrać przesyłkę od

DHL Wrocław W dniu dzisiejszym miałam odebrać przesyłkę od kuriera z DHL. Czekałam pół dnia, następnie wyszłam na chwilę z domu, ale na przesyłkę w domu ktoś czekał. Gdy wróciłam do domu na drzwiach do bloku-klatki schodowej było przyklejone awizo z moim imieniem i nazwiskiem oraz adresem. Na tej karteczce była informacja że pan który przywiózł paczkę był o godzinie 10:40, podczas gdy ja wyszłam z domu o godzinie 12 (i wtedy jeszcze żadnej kartki nie było przyklejonej do drzwi). Ale nie to mnie tak rozzłościło, tylko fakt że przykleił kartkę z wszystkimi moimi danymi na drzwiach do których ma dostęp każdy. Zostawił tez swój numer telefonu, więc zadzwoniłam do pana i spróbował wyjaśnić zaistniałą sytuację. Kurier stwierdził że był i nikogo nie było, nie dało mu się przetłumaczyć, że byłam w domu o godzinie, która jest wpisana na awizo, a nawet gdyby nie, to ma do mnie telefon i mógł zadzwonić, lub ewentualnie wrzucić awizo do skrzynki pocztowej. Pan jednak stwierdził, że nic się nie stało. Gdy zagroziłam, że złoże na niego skargę zaproponował że jak będzie wracała to koło godziny 15 może przywieść paczkę. Dzisiejsze awizo było rzekomo drugim. Podobno ten sam był wczoraj u mnie, jednak nikogo nie zastał, mimo że cały dzień przynajmniej jedna osoba była u mnie w domu. Tego typu sytuacje są nagminne w DHL-u. może nie do tego stopnia, żeby przyklejać na bramę wejściowa awizo z wszystkimi danymi, ale że kurierzy twierdzą, że nikogo w domu nie było, a ktoś specjalnie cały dzień poświęcił na to, by odebrać paczkę, która nie przyjechała, bo kurier nie był na tyle łaskawy, żeby wejść na dane piętro i sprawdzić, czy faktycznie danej osoby nie ma.

Ocena z dnia: 02.03.2010
DHL Oddział

W marcu poszłam pierwszy raz do salonu podpisać umowę na

W marcu poszłam pierwszy raz do salonu podpisać umowę na uszycie sukni ślubnej. Moje pierwsze wrażenie było negatywne. Weszłam do salonu, który okazał się małym ciemnym pomieszczeniem. Gdzie manekin stał prawie na manekinie. Gdybym nie szła tam z polecenia koleżanki z pracy, która bardzo zachwala krawcową, pewnie już w progu bym się wycofała i poszła gdzie indziej. Miałam przygotowany wzór sukienki ślubnej. Pokazałam zdjęcie. Pani powiedziała że mogą uszyć, podała przedział cenowy i byłam miło zaskoczona, bo byłam już wcześniej w kilku salonach, gdzie uzyskałam informacje, że własnych projektów klientek nie realizują lub trzeba zapłacić dużo więcej niż za suknię wybraną z kolekcji. W Amandzie podpisałam umowę na uszycie sukni za cenę dwa razy niższą niż w innych salonach. Z jednej strony ucieszyłam się, bo ślub to duży wydatek i mogę mieć suknie za połowę ceny, ale z drugiej strony zaczęłam się zastanawiać dlaczego w innych salonach podawali dużo wyższą cenę. Zapytałam o to ekspedientkę. Pani odpowiedziała, że mają własną hurtownię tkanin i dlatego mogą sobie pozwolić na dużo tańszą cenę. Miałam mieć trzy przymiarki i na kilka dni przed ślubem ewentualnie jakieś delikatne przeróbki kosmetyczne. Na pierwsza przymiarkę przyszłam i niestety byłam lekko rozczarowana. Dostałam sukienkę do przymierzenia. To „coś” co założyłam na siebie w ogóle nie przypominało mojej sukni ze zdjęcia. Była tylko podstawa tego co miało się stać moją sukienką. Pani powiedziała, że niestety jest to bardzo podstawowa wersja tego co miało być przygotowane na pierwsza przymiarkę, bo pani krawcowa się rozchorowała. Zapytałam, czy skoro mają chorą krawcową sukienka zostanie uszyta na czas. Otrzymałam zapienienie, że tak, że mam się nie przejmować. Umówiłam się na kolejna przymiarkę. Dzień przed druga przymiarką zadzwoniła do mnie pani, z którą podpisywałam umowę i przeprosiła, ale pani krawcowa musiał wyjechać do rodziny w pilnej sprawie i czy możemy przesunąć przymiarkę. Ustaliłyśmy kolejny termin. na druga przymiarkę jechałam już bardzo zaniepokojona, bo już mało czasu było do ślubu. Gdy weszłam do salonu moja suknia wisiała już w przymierzalni. Miała wszystko to, o czy wcześniej mówiła ekspedientka, gdy byłam na pierwszej przymiarce. Przy drugiej przymiarce, pani pomogła mi wybrać dodatki. Ostatnia przymiarka była bez żadnych przesunięć. Gdy przyszłam do salonu ślubnego zarobaczyć ostatnia wersję, sukienka czekała na wieszaku, a koło niej stały trzy inne klientki zachwycając się. Podeszła do mnie pani ekspedientka i zapytała czy te panie mogą mnie zobaczyć w sukience. Gdy pani ekspedientka pomagała mi założyć sukienkę, zapytała się czy mogłaby uszyć identyczną i dać u na wystawę, bo te trzy panie które czekają na zewnątrz jak tylko weszły do sklepu od razu chciały ją mierzyć, ale nie mogły, bo salon ślubny ma zasadę że szyta suknia dla danej klientki nie jest mierzona przez inne panie. Spodobało mi się to że zapytała mnie o zdanie, czy wyrażę zgodę na to, by ona miała taką sama suknie w salonie. Oczywiście wyraziłam zgodę. Początkowe wrażenie nie zawsze jest dobre, więc nie warto zrażać się na wstępie. Ekspedientki w salonie są miłe znają się na rzeczy i umieją doradzić. Jeżeli chodzi o salon to owszem jest ciemnym pomieszczeniem, ale przecież nie salon jest najważniejszy tylko sukienka, przymierzalnia ku mojemu zaskoczeniu jest duża i bardzo oswietlona.

Wcześniej opisałam Sklep Abra gdzie pozytywnie oceniłam

Wcześniej opisałam Sklep Abra gdzie pozytywnie oceniłam całą obsługę. Wtedy tylko rozglądałam się za meblami i jak najbardziej pani która mnie obsługiwała miała wiedzę na dany temat i doradzała. Następnego dnia zdecydował się pójść do tego sklepu i kupić meble, które dzień wcześniej mi pani doradziła. W dniu zakupu mebli nie było pani z dnia wcześniejszego, więc całą transakcją zajął się inny pan. Złożyłam zamówienie i zapłaciłam. Umówiłam się, że na następny dzień (czyli w środę) zorganizuję własny transport i przyjadę po odbiór mebli. W środę przyjechałam na umówiona godzinę po odbiór zamówienia. Jednak nie było mebli, bo pan który mnie obsługiwał we wtorek nie dopełnił swoich obowiązków i nie złożył zamówienia, by meble przywieść. Oczywiście tego dnia również i tego pana nie było żeby wyjaśnić całą sytuację. Zgłosiłam zaistniały fakt do pracowniczki. Pani powiedziała, że pan, który miał zrealizować moje zamówienie bardzo często o czymś zapomina i wielu klientów skarży się na niego. Spisała potrzebne dane i poinformowała, że na w czwartek będę mogła przyjechać w tych samych godzinach po meble. Jednak na czwartek ja już nie mogłam mieć własnego transportu, więc pani zaproponowała, że skoro jest to z ich winy, to dowóz mebli dostanę do domu gratis. W czwartek między godziną 16 o 20 miałam oczekiwać na meble. Niestety nie przyjechały. Więc w piątek poszłam do sklepu, żeby ponownie wyjaśnić całą sytuację. Tym razem był już pan z wtorku, który miał jako pierwszy zrealizować zamówienie. Gdy próbowałam panu wytłumaczyć że przez tydzień z jego winy nie mam umeblowanego pokoju, a meble są mi bardzo potrzebne. Jako wyjaśnienie podał to że nie może o wszystkim pamiętać i przecież nic takiego się nie stało. Poprosiłam więc o rozmowę z kierownikiem, bo po dwóch nieudanych próbach uzyskania swoich mebli z niekompetentnymi pracownikami stwierdziłam, że dalsza taka „zabawa” nie ma sensu. Wyjaśniłam pani kierowniczce całą sytuację od początku. Kierowniczka poprosiła żebym zaczekała, wykonała dwa telefony. Powiedziała że moje meble mają w sklepie od czwartku i jeżeli pasuje mi dziś w godzinach 16-20 poczekać na meble to pani zamówi dodatkową firmę transportową i dziś już na pewno meble będą przywiezione do mnie do domu. Poprosiłam jeszcze o jakiś dokument zapewniający, że dziś faktycznie otrzymam zakupiony towar. O godzinie 16:15 przyjechały meble. Nawet nie wiedziałam, że trzeba stoczyć taką batalię, żeby otrzymać zakupiony towar

W grudniu w 2008 roku zamówiłam wycieczkę na początek

W grudniu w 2008 roku zamówiłam wycieczkę na początek września 2009. Oczywiście zostałam poinformowana o zniżkach oraz o warunkach umowy. Miałam wylatywać z Wrocławia. W marcu zadzwoniła pani z biura podróży i powiedziała, ze niestety wyloty z Wrocławia są odwołane, ze mam do wyboru Katowice lub Poznań. Oczywiście dojazd do tych miejsc we własnym zakresie. Udałam się więc do biura podróży by wybrać inną wycieczkę. Zaznaczyłam że chcę wylatywać z Wrocławia. Otrzymałam zapewnienia, że tak będzie. Na dwa tygodnie od podpisania nowej umowy o inna wycieczkę, znowu zadzwoniła ta sama pani z informacją, że niestety, ale wyloty z Wrocławia na daną wycieczkę również są odwołane. Po długich negocjacjach wywalczyłam tyle, że biuro podróży zapewniło transport do miejscowości, z której miałam wylatywać. Mimo tak rozpoczętej fatalnie współpracy wycieczka się udała. Poleciałam do Grecji, na wycieczkę objazdową, gdzie była świetna obsługa. Przewodniczka była dostępna zawsze. Miała bardzo dużą wiedzę na temat kraju, kultury, obyczajów, a także gastronomi. W ciekawy sposób potrafiła przekazać to co wie. Ludziom pragnącym zobaczyć więcej niż program przewidywał organizowała dodatkowe zajęcia.Wróciłam zadowolona z wycieczki, dużo zwiedziałm mam swietne wspomnienia. Może wyloty z danej miejscowości nie są zależne od pań z obsługi w biurze podróży, jednak od razu przy podpisywaniu umowy powinny inyformować że jest możliwość zmiany miejscowości wylotu i wtedy klient podpisujący umowę zadecyduje czy chce na takich warunkach podpisywać umowę czy też nie.

Na dzień przed ślubem złamał mi się paznokieć

Na dzień przed ślubem złamał mi się paznokieć, miałam dorobione tipsy. Poszłam do kosmetyczki, by uratować wygląd ręki. Pani przyjmując mnie w drzwiach z ustami pełnymi obiadu stwierdziła, że mam iść tam dorobić złamanego tipsa, gdzie robiłam wszystkie. Skoro komuś innemu dałam zarobić, gdy robiłam wszystkie to ona nie będzie zbierać „ochłapów” i mi nie dorobi. Nie pomogły prośby, że paznokcie przedłużałam w zupełnie innym mieście o 100 km od Chocianowa i nie ma już czasu by się wrócić do pani, która mi je robiła, bo był piątek godzina 16, a na następny dzień miałam swój własny ślub, również nie przekonało ją to że to jest prawa ręka i każdy w dniu jutrzejszym z zaproszonych gości będzie chciał zobaczyć obrączkę i będzie świecił złamany nierówny paznokieć. Gdy próbowałam przekonać, kosmetyczka wygoniła mnie z gabinetu mówiąc że jest bardzo zajęta (nikogo nie było w salonie, salon czynny do 18)

Umówiłam się na spotkanie z doradcą finansowym w sprawie

Umówiłam się na spotkanie z doradcą finansowym w sprawie sprawdzenia zdolności kredytowej. Na spotkanie poszłam z mężem. O umówionej godzinie zostaliśmy poproszenie do biurka osoby która miała nas obsługiwać. Pan spytał się jakie mamy dochody, jakie mamy wydatki, a także spytał czego oczekujemy i jakiej nieruchomości poszukujemy. Gdy uzyskał wszystkie informacje, rozpoczął 15 minutowy monolog o tym że jesteśmy w beznadziejnej sytuacji (mino że wcale tak nie uważaliśmy i tak nie było). Mówił do nas jak do kolegów, nie używając zwrotów grzecznościowych. Nakłaniał do tego by porzucić obecnie wykonywany zawód i zając się czymś innym, z czego będą większe pieniądze. Gdy odmówiliśmy pan stwierdził, że w takim razie proponuje nam wziąć albo bardzo dużo nadgodzin, albo znaleźć sobie lepiej płatną pracę dodatkową, bo z naszego obecnego dochodu „nawet pół kawalerki w najgorszym stanie nie kupimy”(w tym samym dniu udaliśmy się do innego doradcy z innej firm i obliczył nam bardzo dużą zdolność kredytową i w tym samym dniu zaproponował nam rozpoczęcie procedury starania się o kredyt, który uzyskaliśmy). Myślę że pracując na tak odpowiedzialnym stanowisku nie można sobie pozwolić na tego typu uwagi, a także na zwracanie się do klienta „na ty” bez względu czy jest młody czy stary i jak wygląda.

Chcąc wziąć kredyt mieszkaniowy

Chcąc wziąć kredyt mieszkaniowy, poszłam do dorady finansowego. Chciałam dowiedzieć się tylko podstaw. Jaki musze mieć dochód na dana zdolność kredytową i jak wygląda cała procedura odnośne kredytu hipotecznego. Pani prawie w drzwiach zapytała od niechcenia w czym może pomóc. Ale zrobiła to z musu. Ani nie zaprosiła mnie abym usiadła, ani nie pokazała jak to ma wszystko wyglądać na moje pytania odpowiadała zdawkowo, tak, że większości musiałam się domyślać. Powiedziała, że niestety jest bardzo zajęta ponieważ ma umówione spotkanie w tej chwili, jednak cały salon był pusty i poza mną i panią z którą rozmawiałam, siedziały jeszcze trzy inne panie również z obsługi i nie było widać żadnego klienta. Po 5 minutach rozmowy pani stwierdziła, że najlepiej będzie jak umówię się na konkretną godzinę na jakiś dzień, bo w tej chwili nie ma czasu. Kiedy zapytałam, czy mogę w tej chwili umówić się, uzyskałam informację że teraz nie mają czasu, najlepiej będzie jak zadzwonię i umówię spotkanie. Pani z którą rozmawiałam wyglądała jakbym przeszkadzała jej w pracy i zabierała niepotrzebnie czas .Uważam że zbyła mnie albo z braku wiedzy na dany temat, albo dlatego, że przerwałam wszystkim panią z obsługi ważną debatę przy kawie i wielkiej uciesze. Dodatkowo była ubrana w bluzkę, która zbyt obficie pokazywała biust oraz miała makijaż, który bardziej pasował na wieczorowe wyjście do dyskoteki niż do pracy w doradztwie finansowym.

Na początku września złożyłam wniosek o nowy dowód

Na początku września złożyłam wniosek o nowy dowód, w listopadzie przyjechałam po odbiór dowodu osobistego do Urzędu Miasta.(nie mieszkam już w miejscu zameldowania, toteż taka wyprawa to ponad 100 km w jedną stronę). Oczywiście dowód był, jednak pani, która mi go wydawała spytała się czy też przyjechał mój mąż razem ze mną, bo pani przez przypadek unieważniła jego dowód, więc należy przejść całą procedurę odnośnie nowego dowodu. Gdy mąż zjawił się w urzędzie by wyjaśnić całą tą sytuację, pani urzędniczka powiedziała, że właśnie miała wysyłać do nas pismo urzędowe (ponad 2 miesiące po tym jak unieważniła dokument), żeby mąż przyszedł do urzędu złożyć nowy wniosek o dowód, bo w związku z tym, że braliśmy ślub pod koniec sierpnia pani myślała że męża dowód również należy unieważnić bo przecież w dowodzie trzeba wpisać, że jest żonaty. Zaraz dodała, że jak unieważniła dokument zorientowała się, że w „nowych dowodach osobistych” nie ma pola by wpisać, że mężczyzna jest żonaty. Mąż oczywiście wypełnił nowy wniosek o dowód jednak zaznaczył, żeby pani we własnym zakresie przyspieszyła procedurę bo jest mu potrzebny nowy dowód choćby do kredytu mieszkaniowego. Urzędniczka oczywiście na to przystała bylebyśmy nie złożyli na nią skargi. Mąż pojechał po miesiącu do Chocianowa, by odebrać dowód, była inna pani urzędniczka, która stwierdziła, że dowodu nie ma. Pani nie znała całej sytuacji, więc mąż na nowo musiał tłumaczyć jak dla niego na chwilę obecną jest ważny ten dokument. Pani sprawdziła w dokumentach okazało się, że sprawczyni całej sytuacji wysłała dokumenty o wyrobienie nowego dowodu na 3 dni wcześniej niż mąż przyjechał po odbiór. Mąż poprosił o zaświadczenie z urzędu że ma z winy pracownika urzędu unieważniony dowód i poprosił aby pani która spowodowała tą sytuację zadzwoniła w danym dniu jak tylko przyjdzie do pracy. Oczywiście do dnia dzisiejszego pani nie oddzwoniła, a mąż musiał na własną rękę starć się o przyspieszenie wydania dokumentu tożsamości.

Weszłam do sklepu meblowego

Weszłam do sklepu meblowego, jeszcze nie zdążyłam zdecydować się od czego zacznę poszukiwania mebli, (chciałam kupić meble do pokoju oraz kanapę)a już zjawiała się pani z uśmiechem na twarzy powitała i zapytała w czy może pomóc. Pokazała kilka fajnych kombinacji meblowych, tak by pasowało do pokoju, następnie doradziła jaką kanapa będzie odpowiednia do jakich mebli. Szukałam mebli do bardzo małego pokoju, więc musiało być coś, gdzie zajmie niewiele miejsca i dużo pomieści. Sprzedawczyni, pokazując każdą kombinację meblową, dokładnie mierzyła dany mebel. Na zakończenie poradziła bym, zanim cokolwiek kupie weszła sobie na stronę internetową sklepu i sprawdziła, jak pokój będzie wyglądał. Poradziła skorzystać z programu umieszczonego na stronie by sprawdzić te wszystkie kombinacje, poprzez zaprojektowanie pokoju w 3D. przy pożegnaniu podała wizytówkę i zaproponowała, żeby zadzwonić i umówić się na konkretną godzinę jeżeli zdecyduję się na zakup w tym sklepie, wtedy pani przygotuje wszystko by można było zabrać meble od ręki.

Przed ślubem rozglądaliśmy się za fotografem

Przed ślubem rozglądaliśmy się za fotografem. Mieliśmy małe przyjęcie, więc nie chcieliśmy żadnego nagrania jedynie profesjonalne zdjęcia. W salonie uzyskaliśmy informacje, co ile ma kosztować, również jak ma wyglądać sesja. Zgodziliśmy się na dane warunki, wpłaciliśmy zaliczkę. W dzień ślubu przyszedł fotograf. Najpierw zdjęcia w kościele, następnie sesja. Fotografem był właściciel studia i obiecał nam, że w ciągu 2 tygodni skontaktuje się z nami w celu wybrania zdjęć. Przez pół roku upominaliśmy się o zdjęcia. Raz umówił się ze mną, że mam przyjść i wybrać, jakie zdjęcia chcemy mieć wydrukowane i wklejone do albumu. Przychodzę do studia fotograficznego i pani, która tam pracuje powiedziała, że właściciel musiał wyjechać w pilnej sprawie, żeby przyszła jutro. Następnego dnia ponownie przychodzę, a ta sama pani, co była poprzednio, ponownie mówi, że właściciela nie ma. Pokazała mi to, co pan fotograf zostawił. Zamawialiśmy 3 albumy z wydrukowanymi i wklejonymi zdjęciami, natomiast pani pokazała 1 przykładową książkę i jej cena była 2 razy większa niż się umawialiśmy. Poprosiłam by skontaktował się ze mną właściciel, bo ja inaczej się umawiałam. Oczywiście właściciel ani razu nie zadzwonił nie odbiera też telefonów od nas. Po trzech miesiącach od sesji zaczęła wydzwaniać pracownica fotografa z zapytaniem cytuję „czy macie zamiar odebrać w końcu zdjęcia”, gdy pytaliśmy się czy zostało zrobione tak jak umawialiśmy się przy wpłacaniu zaliczki, odpowiedź była przecząca. Telefony powtarzała się średnio 2 razy na miesiąc, aż po ½ roku próby kontaktu z właścicielem, udało nam się uzyskać jeden album i jeszcze za dużo wyższą cenę niż umawialiśmy się, natomiast kolejne zdjęcia zostały wysłane nam na maila w najmniejszej rozdzielczości z napisami studia na całym zdjęciu, żebyśmy wybrali z tych wysłanych nam obrazków kilka zdjęć, które fotograf ma wydrukować i wkleić do kolejnego albumu. Niestety nie ma co wybrać ponieważ zdjęcia są bardzo niewyraźne, zamazane, w większości nie widać twarzy. Również to, co nam przysłał do wyboru to jest tylko część zdjęć. Na sesji robiliśmy zdjęcia w różnych miejscach, a przysłał nam do wybrania tylko z jednego. Pan fotograf życzy sobie za te zdjęcia również cenę 2 razy większą niż się umawialiśmy. Zamiast profesjonalnych zdjęć otrzymaliśmy album zdjęć nic nie różniących się od tych robionych własnymi aparatami przez gości i to za dużo wyższą cenę niż się umawialiśmy. Uważam, że zniszczył nam pamiątkę tak ważnego dnia. I nawet nie ma odwagi cywilnej by odebrać telefon czy spotkać się z nami w celu wyjaśnienia tego zajścia

Mialam podpisaną umowę z tym centrum

Mialam podpisaną umowę z tym centrum, pani pośrednik miała pomóc znaleźć nam mieszkanie do kupienia, umowę zawarliśmy w maju. 28-10-2009 rozwiązaliśmy umowę, bo pani pośrednik nie szukała nam mieszkania, jechała z "wielką łaską" ogladać mieszkania, które my znaleźliśmy szukając ofert na internecie. nasza wpółpraca miała polegać na tym że Pani M. ma nam znaleźć mieszkanie, a wyglądała tak, że w odpowiedzi na nasze ofert, przysyłała oferty, które wogóle nie mieściły się w naszych kryteriach. Gdy zadzwoniłam do pani pośrednik z informacją, że zamierzamy zakończyć współpracę, nawet nie próbowała poznać powodów, czy w jakiś sposób przekonać żebyśmy zostali, powiedziała ok. nie ma sprawy ja sobie odnotuję. I na takiej zasadzie zakończyliśmy współpracę. mogetylko dodać że oglądaliśmy chyba z 6 mieszkań i na każde umówione spotkanie spóźniała się średnio 15 minut.

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Szczegóły znajdziesz w Polityce prywatności

Zrozumiałem